Kierunek Pacjent
O magazynie Forum Kontakt
 
  strona głowna archiwum wydań
 
 
Archwium biuletynu (newslettera)
 
Prenumerata
Redakcja
Kontakt
Dla reklamodawców
 
 

Podaj swój adres email aby otrzymywać newsletter

 
archiwum wysłanych wiadomości  
 

 

grudzień 2008

Anna Grzelczak
Marzę, żeby poprowadzić córkę do ołtarza



Rozmowa z 41-letnim Krystianem Kitlem, cierpiącym na nowotwór wątroby. W 2007 roku złożył on doniesienie do prokuratury na NFZ. Stwierdził w nim, że fundusz odmawia refundacji preparatu, który jest dla niego ostatnią deską ratunku.

 

Jak się Pan czuł, kiedy dowiedział się pan, że cierpi na raka wątroby?
– Błagałem moją lekarkę, żeby mnie ratowała. By dała mi chociaż rok życia, bym mógł załatwić wszystkie sprawy, przygotować żonę, nauczyć jeszcze czegoś dzieci...
Ile ich Państwo macie?
– Troje: 10-letniego synka, 7-letnią córeczkę i najmłodszą, roczną, Weronikę. Dwie pierwsze ciąże były planowane, ale ta trzecia całkowicie nas zaskoczyła. Żona zaszła w ciążę, a dwa miesiące później zaczęły rosnąć mi markery (wskaźniki określające liczbę komórek nowotworowych w organizmie). Kiedy rosło nasze dziecko, to i one rosły, a jak się urodziło, 2007 roku, to okazało się, że mam guza wielkości 16 mm.
To był nawrót choroby?
– Tak, lekarze twierdzą, że od dzieciństwa byłem chory na wirusowe zapalenie wątroby typu B, a to sprzyja zmianom nowotworowym. Niestety, sam o mojej chorobie dowiedziałem się dość późno, bo wtedy, kiedy poszedłem do wojska. Chciałem zostać honorowym krwiodawcą, a tymczasem powiedziano mi, że nie mogę. Przez kilka lat był spokój, miałem dobre wyniki, dbałem o siebie. Tak było aż do 2005 roku. Wtedy w mojej wątrobie wykryto guz wielkości 7 cm. Ten wykryty w grudniu 2007 roku był ponad cztery razy większy. Pierwszy usunięto wraz z prawym płatem wątroby, przy tym lekarze postanowili zastosować chemioterapię niestandardową, bo żadne inne leczenie w moim przypadku było niewskazane.

Co Pan czuł, kiedy dowiedział się, że rak znów zaatakował?
– Najtrudniejsze były święta Bożego Narodzenia. Powiedziałem żonie, że chcę, abyśmy byli szczęśliwi, bo być może to są ostatnie nasze  święta, i poprosiłem, żeby nikomu nie mówiła o wynikach moich badań. Starałem się nie myśleć i cieszyć z innymi, ale nosiłem w sobie wybuchową mieszankę uczuć, od szczęścia po różne głupie myśli. Rodzina dowiedziała się po Nowym Roku. Teraz też czasem patrzę na Weronikę i myślę sobie, czy ona będzie mnie kiedyś pamiętała? Czy zdążę być na jej komunii? Zaprowadzić ją do ślubu?

Zaczął Pan przyjmować leki?
– Nie, bo wtedy weszło w życie zarządzenie prezesa NFZ, które całkowicie zablokowało chorym dostęp do chemioterapii niestandardowej. Lek, który mógł nas uratować, przestał być refundowany, a jego miesięczna dawka kosztuje około 15 tysięcy złotych. Wyobraża pani to sobie? Codziennie dzwoniłem do szpitala i pytałem, kiedy zaczynam leczenie, a tam mi odpowiadano, żebym czekał. Czas płynął, chodziłem z bombą zegarową w środku, a leku nie było!

Podejrzewam, że nie miał Pan tych 15 tysięcy.
– Gdyby tyle kosztowało całe moje leczenie, to wziąłbym kredyt, zapożyczył się i nie walczył o swoje prawa. Tymczasem ja, a raczej my – chorzy – potrzebujemy środków farmakologicznych do końca życia. Z zawodu jestem ciastkarzem i kocham to, co robię, ale moje życie tak się ułożyło, że pracuję jako portier. Mam też grupę inwalidzką, w związku z tym otrzymuję zasiłek pielęgnacyjny i rodzinny na dzieci. Żona studiuje, przez dwa lata dostawała stypendium naukowe, teraz ma tylko socjalne, ale i tak nie uzbieralibyśmy tylu pieniędzy. Ja przez rok nawet nie mam tyle z pensji portiera!
Złożył Pan doniesienie do prokuratury na NFZ?
– Na szczęście nie byłem sam w tej trudnej sytuacji. Wsparła mnie fundacja „Gwiazda Nadziei”, zaproponowali, że jeżeli tylko chcę walczyć, to dadzą mi prawników, potem pomogły media. W sprawie refundacji środka, którym jestem leczony, wypowiedziała się też pani minister zdrowia. W efekcie po kilku miesiącach dostałem pierwszą dawkę leku.
Czyli można powiedzieć, że wszystko dobrze się skończyło?
– Niekoniecznie, system działa tak, że co dwa miesiące muszę przechodzić tomografię komputerową. Za każdym razem modlę się, żeby wszystko było dobrze, bo jeżeli wykryją u mnie choćby najmniejsze zmiany nowotworowe, to przestanę otrzymywać lek. Jednak to nie koniec – po badaniu szpital wysyła do NFZ wniosek o refundację na kolejne trzy miesiące, a na opinię stamtąd czasem trzeba czekać i półtora miesiąca. Półtora miesiąca bez żadnego środka! Naprawdę żyłoby mi
się lepiej, gdybym nie musiał się tak szarpać z Funduszem. I nie mówię tylko o sobie, ale o wszystkich chorych leczonych w ten sposób. Wierzę jednak, że uda się zmienić system.
Nie bywa Pan zmęczony?
– Czasem naprawdę mam dość pilnowania terminów badań, składania wniosków, wydzwaniania i czekania. Męczy mnie też sama chemioterapia. Jej efektem ubocznym są choćby bolesne obrzęki stóp. Nie mogę wtedy nawet dotknąć kapci, bo przeszywa mnie ból. Bywa, że rodzina i znajomi muszą mnie kopać w tyłek, żeby mi się chciało, ale tak naprawdę chcę i wierzę, że będę zdrowy. Gdybym nie wierzył, to bym się nie leczył i nie walczył z Funduszem.



Więcej w numerze

powrót

 


 
       
  Projekt i wykonanie Tauro  
  redakcja  |  reklama  |  prenumerata  |  numery archiwalne  |  kontakt